…co by tu napisać? :?
luty 2007, 28 (środa)
Zacznę może od tego, że pisałam dzisiaj egzamin – z Topics in Geometry. Egzamin – jak egzamin – coś napisałam, ale zadowolona nie jestem ;] – Jak zwykle trochę mi mózg odjęło, tym bardziej, że z takich, czy innych względów (i tak prawie się spóźniłam
) nie wyszło mi ostatnie przejrzenie notatek – tak tuż przed egzaminem – no i na to konto nie załadowałam odpowiedniej pamięci krótkotrwałej.
Nie ma co więcej dyskutować – co napisałam – to napisałam – wyniki przewidziane na piątek
.
Cóż… Wyniki w piątek… – hmmmmm… piątek, piątek – co ja mam zaplanowane na piątek…?
A! Nie będzie mnie!
– Jutro o 7 rano odjeżdża wycieczka do Laponii i wrócę dopiero w niedzielę wieczorem
//od razu zaznaczam: nie będę miała przez ten czas sieci, a wrócę pewnie nieprzytomna i do tego w poniedziąłek o 8:00 mam połówkę egzaminu z Partial Differential Equations, więc… Nie dziwcie się że przed poniedziałkiem raczej żaden nowy post się nie ukaże
No i jeszcze może taka siekawostka…
Widzieliście takie pytania na egzaminie?!
Problem 1. What do you think should be the status of geometry in a mathematical student cursus?
- no to ja już widziałam ;]
Reszty nie będę przytaczać, bo reszta jest w miarę normalna, ale to mnie tak wybiło/rozbiło/rozkojarzyło/rozproszyło* (*niepotrzebne skreślić), że nawet najmniejsza resztka pamięci krótkotrwałej odeszła w niepamięć, mimo iż po przeczytaniu polecenia odłożyłam je na koniec…
- To tyle
Dzisiaj zdjęć nie będzie, bo mi się nie chce, za to jak wrócę z Laponii… – pewnie nowa galeryjka na hektorze stanie
//idę się wreszcie spakować – nie wiem kiedy będę spała :]
Dwór, Dworze, Dworzak… – jak to było? A! Dvořák :D
luty 2007, 25 (niedziela)
W czwartek byłam na koncercie symfonicznym! ![]()
Oh! Jak ja dawno nie słyszałam takich dźwięków w czystej i naturalnej postaci…
Muzyka klasyczna jest piekna, ale każde jej ucyfrowienie potrafi wydawać się płaskie…. – Już nie mówiąc o słuchaniu czegokolwiek na… głośnikach z laptopa :] – Cóż – niestety ja pod tym względem mam tu bardzo ograniczone możliwości i czasem nawet przy najlepszym doborze equalizacji… po prostu niektórych rzeczy nie da się słuchać…
Ale wracając do tematu – koncert symfoniczny to jest coś… ![]()
W programie było:
i była też śpiewaczka: Helena Juntunen – sopran, zaś dyrygentem był Hannu Koivula.
Zacząło się od utworów, których autorem jest Einojuhani Rautavaara – jeśli dobrze zrozumiałam napisaną po fińsku notke biograficzną – Fin urodzony w 1928 r. – Muzyka całkiem ciekawa – na orkiestrę smyczkową
. Następnie był Luciano Berio (1925-2003) – Folk songs. Tu śpiewała owa śpiewaczka. Niestety… nie zachwyciła mnie – choć kilka kawałków (A la femminisca, La donna ideale i Ballo) było naprawdę udanych… – Najwyraźniej to kwestia repertuaru, albo ogólnie tego, że chyba wolę koncerty symfoniczne bez śpiewaków, bo jak tuż przed przerwą brawa dla niej się nie kończyły – gdy po raz kolejny wyszła się ukłonić, to zaśpiewała a cappella fińską piosenkę – rzeczywiście było słychać, że kobieta ma świetny głos – i tym zdecydowanie poprawiła mi moje o niej zdanie (uważam, że naprawdę dobrą śpiewaczką jest)… Ale z orkiestrą… heh – o gustach się nie dyskutuje
.
Za to po przerwie…. Po przerwie nastąpiła moja część koncertu
Zarówno hiszpańskie rytmy w utworach, których autorem był Manuel de Falla (1876-1946) jak i dobrze znany Antonin Dvorak, to była muzyka, która mnie przejmowała do głębi… Uwielbiam tonąć w takich falach i rozpływać się w takich dźwiekach…
Człowiek czuje się wtedy jakby częścią muzyki – nie ma już rąk, nóg czy głowy – całym ciałem słucha i odbiera muzykę…
Jest nią przejęty aż po najmniejszą komórkę organizmu… ;D
- Już się nie mogę doczekać kiedy będzie nastepny koncert – bo w Joensuu koncerty symfoniczne są tak mniej więcej raz na miesiąc. Miasto ma swoją własną orkiestrę symfoniczną, a koncerty odbywają się w specjalnej auli na uniwersytecie (trochę jak Centrum Kongresowe AR – tyle, że aula w Carelii – jest zrobiona bardziej amfiteatralnie – na planie półkola, a właśc. wycinka koła). Orkiestra ma też w tej auli próby i są one otwarte – każdy może przyjść i usiąść z tyłu – posłuchać/popatrzeć…
Na dzisiaj tyle – przepraszam, że było znów więcej niż trzy dni mojego milczenia, ale… tego posta męczę i próbuję skończyć od piątku… :/
- Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie i dziękuję za wsparcie. “Wklepywacza” nie zatrudnię, bo: raz – wtedy to by nie były moje posty, tylko “wklepywacza”, a dwa… skąd bym wzięła kasę dla niego na wynagrodzenie? ^^
//Ewa… Ja Ciebie też kopę lat nie widziałam! – Jak tam żyjesz słoneczko? – Napisz jakiegoś maila – chętnie bardzo przeczytam co u Ciebie ;D
szach+ i mat#
luty 2007, 21 (środa)
//dawno* nic nie pisałam – zaczyna wychodzić moja niepiśmienność, ale…wam też coraz bardziej nie chce się tu zaglądać ;P
*- właśnie zauważyłam – że to już tydzień… – to nawet BARDZO DAWNO!
Czy tytuł posta się wam z czymś kojarzy? ;>
TAK ![]()
W poniedziałki na 19:00 chodzę na szachy
Jak już chyba pisałam… znalazłam wreszcie klub szachowy
Cóż… Jak moi koledzy z sekcji (i nie tylko) wiedzą… Nie błyskam najwyższym poziomem gry, ale… to nie jest problem!
Tutejszy klub szachowy spotyka się co tydzień (w poniedziałki) i zasadniczo jest grany permamentny turniej (z zapisem) z tempem 1h + 30s za każdy ruch (x2 – bo to jest tempo dla jednego zawodnika). Dawno bardzo nie grałam takich partii, a jeszcze dawniej – z zapisem… ![]()
Zaś raz na miesiąc jest turniej blitzowy (każdy z każdym – po 5 minut).
Dokładnie to wygląda tak, że gracze są podzieleni jakby na dwie grupy A i B… i każda grupa ma swój turniej długoterminowy, po czym gdy go zakończy – zaczyna następny.
Gra się na jednym spotkaniu jedną partię. Zaś blitz – jak blitz (też w grupach)
Ostatnio był właśnie turniej szachów błyskawicznych. Grało w każdej z grup po kilkunastu zawodników. W grupie słabszej (czyli mojej – B) rankingi zaczynają się od 1600… (Ja kiedyś miałam 1250, ale nie wiem czy jeszcze gram na takim poziomie ;]) więc nawet nie próbowałam mysleć o jakichś wielkich wynikach – “ważne, że mam okazję pograć, to może wreszcie podciągnę się nieco w szachach?” Jestem poniekąd z siebie dumna, bo jeden honorowy punkt zdobyłam (!) i w kilku innych partiach miałam nawet szanse wygrać (tylko np. czasu mi zabrakło ;]).
Poza tym tu na wschodzie przynajmniej życie płynie zwyczajnie, słońce wschodzi i dzień się zaczyna, a w Joensuu jest mróz i pada śnieg… A ja jestem nieco przemęczona i senna… ![]()
- No bo np. ostatnio z szachów wróciłam po 23 do siebie, a miałam zajęcia na 8 (czyli musiałam wstać o 6), a przecież trzeba jeszcze się przygotować do spania – nie wystarczy w polarze położyć się na podłodze… – I coraz tak się właśnie dzieje – to jakieś wyjście wieczorem – jak np. dziś zaraz na kręgle, to imieniny, to, siamto… – i tak w kółko – więc jakoś tak wychodzi, że ostatnio coraz później chodzę spać…
A zajęcia niestety wcale się nie zaczynąją później – tylko jakoś tak regularnie tak samo ;]
Ponieważ kilka osób się pytało:
Do Laponii jadę 1-3 III 2007 r. (wycieczka ze Student Union – 130 €)
Egzaminy… najbliższy mam 28 II 2007 r. o godz. 10 w sali M5 (Topics In Geometry), zaś 5 III 2007 r. o godzinie 8:00 mam połówkę egzaminu z Partial Differentila Equations…
Jeśli chodzi o święta… to prawdopodobnie pojadę do Jyväskylä, gdzie… są nasze Urszulanki (takie jak np. w akademikach KUL-owskich
) i zapraszają na święta – tylko trzeba jakiś śpiworek
– Więc nie jest źle, a nawet jest bardzo dobrze
- To chyba tyle – zmykam na kręgle
walniętynki
luty 2007, 14 (środa)
Środa, 14 lutego 2007
VI tydzień Okresu Zwykłego
II tydzień psałterzaŚWIĘTO ŚWIĘTYCH CYRYLA, MNICHA, I METODEGO, BISKUPA, PATRONÓW EUROPY
Garść informacji:
Cyryl, urodzony w Tesalonice (Saloniki), w Konstantynopolu otrzymał gruntowne wykształcenie. Wraz z bratem Metodym udał się na Morawy, aby tam głosić Ewangelię. Obaj przygotowali teksty liturgiczne w języku słowiańskim, spisując je alfabetem zwanym później cyrylicą. Cyryl zmarł 14 lutego 869 roku w Rzymie, dokąd obaj zostali wezwani, Metody zaś, otrzymawszy święcenia biskupie, udał się do Panonii (dzisiejsze Węgry), gdzie niestrudzenie głosił Ewangelię. Wiele wycierpiał od zazdrosnych przeciwników, cieszył się jednak poparciem papieży. Zmarł 6 kwietnia 885 roku w Welehradzie na Morawach.
~~~~~~~~
Finlaladiiia, to fajny kraj – tu 14 II to “Friendship day” a nie jakieś burgerland [czyt. hamerika] made święto zakochanych… ;] Oni dobrze wiedzą, że zakochani nie potrzebują żadnych sztucznie tworzonych dodatkowych okazji, żeby spędzać ze sobą czas i obdarowywać się podarkami, nie dali się nabrać na pułapkę z za wielkiej wody, która wielu samotnych wprawia w (jeszcze większe?) przygębienie… – Niestety – my już “wpadliśmy…” :/
Przez ostatni tydzień po uczelni krążyły ulotki:
A na maila rozsyłane były zaproszenia:
Hi everyone!!!
Pick up your calendars, this event you don’t want to miss!!
Now that we got winter here, it is time for WINTER JAM!!
This year WINTER JAM is organized at Valentine’s Day 14.2. from 1 p.m. to 6 p.m.
Activities will take place in front of the indoor ice-skating rink (see attachment).WINTER JAM is an afternoon spent outside together with your friends. You can participate in different cheerful group activities, playful competitions or just hang around and enjoy the music and atmosphere. This event doesn’t cost you anything (bring your own beers and drinks
)
You can also take part in “tossupallo” which is like ice hockey with tennis ball and without skates. If you want to participate in “tossupallo”, you need to gather up a 4 persons team and sign up to this address: liikunta@optimiry.org (Inform the names of your players and your team name.
It’s not about skills but having fun and enjoying good company!!!
See you there and bring your friends with you, too!!!
![]()
WINTER JAM is organized by
Optimi ry
(Students of Business Administration)
Całkiem fajna impreza:

Można było pograć w takiego śmiesznego niby hokeja – w butach zamiast łyżew, na śniegu zamiast na lodzie i z piłką tenisową zamiast krążka (z hokejem nie ma to w sumie nic więcej wspólnego niż kije do gry
), a także ogrzać przy takim śmiesznym niby ognisku… – dość ciekawa konstrukcja – nie wiem na czym dokładnie polega, ale… ciepło było
(i dym też ;])

~~~~~~~~~~
W tym momencie – zgodnie z fińską tradycją związaną z dniem dzisiejszym – pragnę jak najserdeczniej pozdrowić wszystkich moich kumpli i przyjaciół (“krewnych i zanjomych królika” ;P) – zarówno męskich jak i żeńskich!
- Tęsknię za wszystkimi i mogłabym was tu wymieniać, ale… wtedy post by się nigdy nie skończył, bo nie mogłabym się zdecydować jaką przyjąć kolejność wymieniania :]
Ogólnie: pozdrawiam wszystkich czytających bloga i tych, którzy nie umieją czytać – też!
Szczególne pozrdowienia niech przyjmą mazi i antykredka – cóż – w końcu jak to ktoś kiedyś powiedział: jeszcze się taki nie narodził, co by każdemu dogodził…
A Synusiowi chcę napisać:
Do NOKII się chyba nie wybiorę – ale renifer to nawet smaczny jest, tylko nie ja go obrabiałam, więc…
//a Twoją ksywkę znałam – z maila, ale… nie znam jej źródła ;>
- Dziękuję za dzisiejszego porannego SMS-a! – Mamuśka ;D
nowy etap
luty 2007, 11 (niedziela)
Od dzisiaj (a właściwie – to chyba od wczoraj) zaczyna się nowy etap mojego pobytu w Joensuu. Potrwa on pewnie jakieś 6-7 tygodni (może dwa miesiące)…
Co to oznacza? Po pierwsze zakończył się mój etap adaptacyjny – czuję, że się już w pełni ustabilizowałam i “osiedliłam” w Joensuu. Zaczęłam odczuwać też tę wewnętrzną ochotę i potrzebę pracowania (naukowo
), a nie tylko mieć świadomość, że powinnam to, czy tamto.
Również duchowo czuję coraz większą stabilność i jestem coraz bardziej pewna, że nękająca mnie (zwłaszcza w ostatnim tygodniu) bezsenność była właśnie związana z tęsknotą za Eucharystią i z tą niestabilnością duchową. //hmm… Także i moje serce nabiera coraz więcej siły i stateczności (!)
Od jutra zmieni się trochę mój układ tygodnia: będę chciała chodzić na trwający trzy tygodnie kurs “Topics in Geometry” (zaczynający się właśnie jutro). Jeszcze z nikim na ten temat nie rozmawiałam – no więc będę musiała się jutro zająć wszystkimi formalnościami z tym związanymi.
//pójdę najpierw do Janne, a potem napiszę maila do Pani Korczakowej
Ponadto jutro: IDĘ NA SZACHY! Dziś zostałam zaproszona na cotygodniowe zajęcia w tutejszym klubie szachowym. – Będę mogła wreszcie w pełni się rozwijać – brakowało mi tu trochę szachów (bo kurnik i płaskie szachy w komputerze… – to nie to samo!)
Mam do zrobienia dużo i wiele pracy mnie czeka, ale czuję, że jest to właśnie ten czas – TEN CZAS – i nie mogę go przegapić!
//wszystkim, którzy od jutra zaczynają zajęcia – życzę zapału nie mniejszego niż moja chęć do pracy!
ups! – nie wzięłam śrubokręta ;P
luty 2007, 9 (piątek)
Cóż… Jest już chyba całkiem po sesji (chyba, że… niektórzy coś kręcą na boku ;P)
i z tego miejsca chcę pogratulować wszystkim ocen, a tym, którzy są z nich w jakikolwiek sposób niezadowoleni – złożyć szczere kondolencje
//no i wszystkim, wszystkim życzyć pomyślnego nowego semestru!
- Dobra! Dość tych przymileń i uśmiechów do kamery – przejdźmy do meritum
Jak już dało się zauważyć – dwa razy zmieniałam dętkę, ponadto (o czym jeszcze nie wiecie) popsułam już raz myszkę (gdy próbowałam ją wyczyścić), no i w moim rowerze nóżka jest niedokręcona, więc się trochę telepie… ;D
Cóż… nie wizięłam, ze sobą ani nasadowego klucza do roweru (a to planowałam i wielce się zdziwiłam, że go jednak nie mam w plecaku!) ani żadnego śrubokręta, ale…
Taki problem – to nie problem – od czego pomysłowość (i nożyczki)?
Zacznę może od myszy… – tak się złożyło, że pewnego pięknego dnia (dokładnie 30 I 2007 r.) postanowiłam przeczyścić myszkę (mam starą dwuprzyciskową mysz kulkową), bo się trochę przycinała. W pewnym momencie… wyskoczyła jakaś sprężynka i… już wiedziałam, że bez rozkręcania się nie obędzie… – Tylko czym to teraz rozkręcić? – Stanęło na spince do włosów ![]()
- Ile musiałam się namęczyć – myślałam, że nigdy tego nie zrobię! – I pewnie by tak było, gdyby nie fakt, że przypomniałam sobie, iż mam tendencje do odkręcania śrubek nie w tą stronę ;] – Cała JA
– Zmieniłam kierunek i w zasadzie bez większych problemów się odkręciło ;] Reszta – to był “pikuś” – moment i myszka ślicznie wyczyszczona mogła bez najmniejszego zakliknięcia “pomykać na ekranie” ![]()

Przechodząc do roweru… Na szczęście jego przednie koło ma taką specjalną wajchę – do bezkluczowego odkręcania, więc ze zdjęciem i założeniem koła nie było najmniejszych problemów. Trochę musiałam się nakleić – bo były dwie dziurki niedaleko siebie, które jednak nie mieściły się pod jedną łatkę, ale i z tym nie było większych problemów.
Chyboczącą się manetkę dokręciłam nożyczkami – bo idealnie pasowały zamiast śrubokręta (dziś odkryłam, że… zrobiłam to totalnie krzywo ;], ale przed wyruszeniem nie miałam czasu poprawić, bo się spieszyłam na zajęcia, a po powrocie miałam trochę za bardzo zmarznięte paluszki), no i została ta chybocząca się nóżka, ale to dokręcę “na sztywno” chyba dopiero jak się zaopatrzę w jakiś zestaw kluczy – bo nie udało mi się znaleźć żadnego zastępstwa… //tu na marginesie powiem, że jak kupiłam rower – to musiałam podnieść siodełko, ale… – to udało mi się załatwić w sympatycznym punkcie naprawy rowerów, gdzie… nikt nie mówi po angielsku (a po polsku tym bardziej) – pozostał język “migowy” i… zadziałało – talkoo (za darmo
)

- Tak więc (jak widać) nawet o obcej krainie daje się jakoś przeżyć bez podstawowego niezbędnika kluczowo-śrubokrętowego
——
Ogólnie: u mnie wszystko ok – powyżej opisana odrobina dłubania – tylko umila cały pobyt, za to jutro…
Jutro moje małe święto – wreszcie będę mogła pójść do spowiedzi i przystąpić do Eucharystii – już się nie mogę doczekać!
– Raz na miesiąc – to bardzo mało – korzystajmy(cie) póki możemy, z tego luksusu jaki jest w Polsce!…
urodziny, imieniny i co jeszcze?
luty 2007, 7 (środa)
Tak – rzeczywiście miałam wczoraj imieniny – dziękuję wszystkim, którzy w jakiejkolwiek formie (mniej lub bardziej jawnie) wspierali mnie z tej okazji!
>całusy<
Ale pozwólcie, że zacznę od tego, iż przedwczoraj Stefan obchodził 30-te urodziny. //jeszcze raz: All the best!
Z tej okazji zostaliśmy wszyscy – nasza Tutoring Group – zaproszeni do niego na 19:30. Na moje szczęście oznaczało to (dla mnie) tylko wyjście z klatki B i przejście do następnej (C)
– bo inaczej nie wiem, czy udałoby mi się wybrać… – Tym bardziej, że myłam głowę “w środku dnia” (ok 17…
) i do 19:30 nie całkiem doschłam… W sumie to i tak się wlokłam tak, że u Stefana byłam dopiero o 19:50 – jakież było moje zdziwienie, kiedy się okazało, że byłam pierwsza! :] Reszta przyszła dopiero o 20:00 ale w pełnym składzie (nawet z Ralfem) i… ze specjalnie na tę okazję przygotowanymi wypiekami ![]()


Stefan przygotował szwajcarskie jedzonko i wszyscy razem posiedzieliśmy sympatycznie rozmawiając, a na koniec oglądając zdjęcia zrobione przez Stefana w różnych krajach (był np. na wyprawie rowerowej wzdłuż Nilu!)
U siebie byłam późno, a jeszcze na następny dzień zwaliłam sobie gości na imieniny… ;] W dodatku źle spałam (w zasadzie nie spałam) i wstałam po prostu wcześniej niż planowałam, bo i tak za bardzo mnie męczyło to (nie)spanie. Przez cały dzień byłam rozkojarzona (nawet w stołówce się skaleczyłam próbując sobie ukroić kromkę chleba), a jeszcze goście wieczorem i trzeba coś przygotować :/ – Tylko co, jak tu nie ma dobrej polskiej kiełbasy (tu w ogóle trudno o dobre “mięcho” w stylu: wędzony boczek, czy schabik na kotlety…
)?
Skończyło się na tym, że gdy wszyscy dotarli – zrobiłam jajecznicę z cebulką, a potem podałam przygotowane wcześniej naleśniki z dżemem jagodowo-malinowym.
Miałam duży problem, bo nie umiałam znaleźć w sklepie śmietany, w dodatku, gdy powiedziałam Jacie o moim problemie – ona stanęła zadumana i stwierdziła, że ona w sumie sama nie wie czego powinnam była szukać w sklepie (!) ;] Tak więc w ramach sosu do naleśników podałam jogurt naturalny zmieszany wcześniej z łyżką cukru i łyżką miodu – nawet wyszło całkiem całkiem ![]()
Wszystkim bardzo smakowały moje naleśniki – to był rzeczywiście dobry pomysł ;D – Zrobiłam więcej naleśników niż miałam dżemu i… oni się zajadali samymi naleśnikami z sosem ![]()
- A ja myślałam, że to moje gotowanie – to będzie jedna wielka “disaster” (-> z ang. katastrofa)
//możecie być ze mnie dumni ![]()

Nawet pokazałam wszystkim mojego bloga (no i musiałam potłumaczyć, co powypisywałam
)
![pierwszy wychodzi ten, co ma najbliżej ;]](http://mckredka.files.wordpress.com/2007/02/i-pozegnanie.miniatura.jpg)
Wyszli w sumie późno, a ja musiałam jeszcze po całej imprezie i gotowaniu pozmywać… Tyle stania ile wczoraj w kuchni postałam… u… dawno, dawno tyle nie stałam ![]()
Ale warto było – było bardzo miło i sympatycznie.
urodziny, imieniny i co jeszcze? – chciałoby się jakiegoś wesela ;P
Ale dziś tylko (:P) kręgle były zaplanowane… Niestety jak mozna zauważyc – nie poszłam… I to bynajmniej nie dlatego, że na dworze temperatura w dzień była poniżej -23°C…
Po prostu mam znowu dziurę w przednim kole… ;] >jupi< :] Poprzednio się okazało, że stara dętka była klejona i puściło na sklejeniu, tym razem muszę w nowej znaleźć dziurkę i… jak znajdę to się zastanowię, czy kupować plasterki, czy znowu dętkę, ale tym razem – chyba kupię łatki… – Tak więc jutro czeka mnie jeszcze godzinny spacer do sklepu – bo nie mam ani łatek, ani nowej dętki…
- A teraz… idę szukać dziury w dętce (rower już rozkręcony stoi w moim pokoju)…
//Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie, a tym, którzy się jutro będą “ubezpieczać” szczególnie życzę powodzenia – (dziadek) mróz dmucha u mnie, więc może dla odmiany wam jakoś lżej pójdzie
– Trzymam kciuki!
dzisiaj NIE pozmywam!
luty 2007, 3 (sobota)
Rano jak zeszłam do kuchni po jogurcik na śniadanie, to zobaczyłam… to:
i po prostu stanęłam jak wryta – w ciężkim szoku… – bo to co zobaczyłam – przeszło moje najśmielsze fantazje o zmywaniu!
Ja mam w zwyczaju zmywać po sobie i lubię zmywać… Owszem – robię to po swojemu i w sobie właściwej kolejności, czy przedziałach ilościowo-czasowych, więc czasem troszkę mi się nazbiera, ale zmywam regularnie, a swoje brudne naczynka trzymam w pokoju, żeby dla nikogo nie były problemem, czy uciążliwością. Nie raz mi się zdarzyło, że przy okazji zmywania moich naczyń – pozmywałam rondelek, 2 talerzyki, miseczkę, 3 szklanki/kubki, 2 widelce i 4 noże… – tak przy okazji – czekając np. na gotujące się właśnie jajka… Ostatnio jednak nasza społeczna kuchnia wyglądała na coaz bardziej zaniedbaną… Już kilka dni temu zlew wyglądał tak:

Ale to chyba któraś z dziewczyn po prostu nie zdążyła jeszccze pozmywać, bo np. w swoim pokoju jadła kawałek obiadu… gdyż niecałe dwie godziny póżniej było już pozmywane.
Teraz jest godzina 17* i nadal nie jest pozmywane… :/ Owszem – w między czasie Tula sprzątała i odkurzyła kuchnię, ale… to nie była jej sprawka, więc czemu miałaby zmywać!
Miał u mnie być na weekend Rafał – bo Agnieszka z Chisterem wybierali się do Joensuu i przy okazji mając wolne miejsce w samochodzie – mieli go ze sobą zabrać z Helsinek – niestety po przejechaniu 100 km samochód stanął – no i wrócili na to konto do domu… Jak tak patrzę na ten zlew, to sobie myślę, że dobrze, że Rafał nie przyjechał, bo bym się chyba spaliła ze wsytdu
//przy okazji pozdrawiam Agnieszkę, Christera i Rafała – tak poważnie – to szkoda, że nie wyszło…
Tak jakoś wyszło, że ten tydzień miałam taki jakby… kiepściejszy… nic wybitnie wielkiego się nie działo, ale… nie miałam jakoś też humoru – cóż – raz na jakiś czas tak bywa, że człowiekowi jakby nie chce się wstawać, ubierać i robić czegokolwiek… hmm – na szczęście u mnie w miarę szybko przechodzi i dziś już jest znacznie lepiej
Ale na to konto nie badzo mam o czym tu pisać
, tak więc dorzucę jeszcze kilka fotek z mojego okna i… skończę męczyć tego posta ;]

*jest godzina 20:07 – ilość naczyń w zlewie znacznie się zmniejszyła!
ale przecież zlew nie może stać pusty









