jestem…

marzec 2007, 28 (środa)

…z siebie dumna, ale i okrutnie zmęczona…

Z uczeniem dzieci idzie mi całkiem nieźle (ma się w końcu to doświadczenie życiowe zdobyte na rodzeństwie :P ), ale dziś lekcje zmęczyły mnie ogromnie, a potem…. przesiedziałam ćwierć dnia robiąc nową galerię.

To są zdjęcia “dość stare” – z KOLI, ale zawsze to jakieś foto ;-)

- Niestety zawaliłam nieco sprawę i nie będzie w najbliższej przyszłości zdjęć z Savonlinna, bo… nieopatrznie zostawiłam kabelek od aparatu w Joensuu – ale cóż…. – bywa :]

Pozdrawiam wszystkich tęskniących i tęsknię sama za wami….
- JA :D

na wariackich papierach :D

marzec 2007, 25 (niedziela)

…czyli o tym jak polska studentka matematyki, uczyła rosyjskie dzieci angielskiego na obozie językowym w Finlandii :D

Tak, tak, tak… – opublikowałam mój plan zajęć i zwiałam z uczelni na tydzień :P

eale co się stało i jak?! – zacznijmy od początku….

Wczoraj, gdy odmawiałam wieczorem nieszpory nagle zadzwonił mój fiński telefon… Patrzę i co widzę? – Dzwoni Agnieszka (pamietacie jeszcze Agnieszkę i Christera, u których nocowałam w Helsinkach?)…. – no ciekawe co się stało… – Odebrałam i słyszę:

- Słuchaj! Czy nie byłabyś zainteresowana zarobieniem trochę pieniędzy?
- Czemu nie – a w jaki sposób?
- No bo właśnie zadzwoniła do mnie taka rosjanka Lena, która organizuje w Finlandii obozy językowe dla rosyjskich dzieci, że jutro zaczynają taki tygodniowy obóz i właśnie jeden nauczyciel im odwołał swoj udział i poszukują zastępstwa…
- ?!
- Ja kiedyś uczyłam na takim obozie, ale ja nie mogę w tym tygodniu i jak sie zaczęłam zastanawiać nad tym, czy nie moge kogoś znaleźć, to pomyślałam, że Ty jesteś na miejscu, znasz angielski dość dobrze, więc…
- No ja nie wiem… w sumie czmu nie ale…
- Słuchaj – nie musisz się przejmować – to nie jest żaden wielki kurs… – To jak? Mogę jej wysłać Twój numer telefonu? – Ona świetnie zna angielski, to się dogadacie, a i Tobie jakieś 100 € wpadnie do kieszeni, no i zobaczysz za darmo całkiem ładne miejsce w Finlandii, bo to wszystko się odbywa w Savonlinna i będziesz miała zapewnione jedzenie, nocleg, podróż…
- No ok – to ja czekam na telefon.

I tak to się zaczęło… Skończyłam odmawiać nieszpory i zadzwoniła Lena. Okazało się, że chodzi o dzieci w wieku 6 – 16 lat, na różnym poziemie jeśli chodzi o angielski – jutro zajęcia zaczną się od testu kwalifikującego poziom. Cała impreza jest firmowana przez Nordic School, a ja osobiście nie muszę mieć żadnych papierów i dostanę po prostu do ręki (“we usually pay less, but because it’s sauch emergency situation you will get 200 €“) pieniądze, ponadto zwrócą mi koszt przejazdu, no i mam zapewnione darmowe żywienie przez cały tydzień… :D

- To tak w skrócie… A teraz siedzę w internecie i “poszukuję inspiracji na najbliższą lekcję” – która odbędzie się jutro. Oprócz mnie nauczycielami jest dwóch chłopaków (tacy najwyraźniej świeżo po studiach) – jeden z Londynu, a drugi z… Pensylwanii (“in USA“). Ogólnie chodzi o to, żeby dzieci miały radochę przy uczeniu się angielskiego, ale żeby też nie powiedziały, że się tylko obijają – więc jakoś sobie powinnam dać radę. Mam nadzieję, że dostanę najniższą poziomowo grupę :P i jeśli… nie będzie mnie potem ścigałażadna rosyjska mafia… to najprawdopodobniej zaczynam jeden z ciekawszych tygodzni w Finlandii! :D
//z tą mafią, to ja nie wiem jak będzie – w końcu to są bogate dzieci z Moskwy i Sankt Petersburga, więc… muszą mieć jakichś rodziców :P

________
No i jeszcze jedno… Perwszy raz w życiu tak naprawdę zakochałam się w krajobrazie – tu jest po prostu przepięknie – pagórki, lasy i niekończące się jeziora… – Kiedy pociąg dojechał do miasta Savonlinna…. zakochałam się w krajobrazie, ale o tym…. – następnym razem – może nawet ze zdjęciami?

klika słów o zajątkach…

marzec 2007, 23 (piątek)

albo kilka sów o zajączkach… :P

No tak – mamy kalendarzową wiosnę już w pełni… :P Jeśli chodzi o 21 III w Finlandii, to nie zauważyłam żadnego szczególnego obchodzenia tego dnia… no i nie było wagarowania :P
//- Dla odreagowania ja musiałam sobie zrobić wczoraj dzień laby i cały dzień przeleżałam w łóżku ;]

Cóż… Nie wiem, czy to już gdzieś pisałam, czy nie ale od 13 III zaczął mi się nowy przedmiot – Topologia – i to teoretycznie taka jakby Topologia II, bo Wstęp do topologii (oni mają tutaj właśnie takie dwa odrębne kursy) skończył się w pierwszym tygodniu marca (a ja na niego nie chodziłam, bo przecież taką Topologię już miałam). :) Z tą topologią, to jest tak śmiesznie, że są trzy razy w tygodniu wykłady i żadnych ćwiczeń… tylko czasem w tarakcie wykładu profesor stwierdza: no to tu mają państwo zadania do rozwiązania – takie dla chętnych, a teraz jes 10 minut na opracowanie zadania x i będziemy zaraz przedstawiać roziązanie… – Czyli takie ćwiczenia w środku wykładu. Jak na razie jest powtórzenie takich rzeczy jak teoria zbiorów, relacje,… – żebyśmy się czuli w tym swobodnie… Każdy wykład jest umieszczony (w dodatku zwykle w bardziej szczegółowej wercji, tyle, że bez rozwiązań do ćwiczeń) w internecie na stronie kursu (bo trzeba wiedzieć, że tu każdy oficjalny kurs ma swoją stronę www). Na tej stronie są też zestawy ćwiczeń obowiązkowych do zaliczenia kursu, bo profesor Ilpo Laine, który prowadzi kurs powiedział, że nie będzie robił normalnego egzaminu, tylko takie właśnie zestawy zadań do rozwiązania będą zastępowały egzamin.
W związku z powyższym publikuję mój aktualny plan zajęć ;-)

Poniedziałek
wolne

Wtorek
12-14 Równania różniczkowe zwyczjne wykład
14-16 Topologia wykład

Środa
8-10 Topologia wykład
10-12 Równania różniczkowe zwyczjne wykład

Czwartek
8-10 Topologia wykład

Piątek
8-10 Równania różniczkowe zwyczjne ćwiczenia

- Tak – tyle zajęć mam na uczelni, ponadto mam do przerobienia z książką (i ewentualnymi konsultacjami) Metody optymalizacji, Teorię liczb i Analizę zespoloną II – co sukcesywnie przetwarzam. Oprócz tego zdałam już Topics in geometry z czego dostałam 4, co po przeliczeniu na nasze zgodnie z poniższą tabelką daje 4,5…

         Oceny
  fińska    polska
      5     -     5
      4     -    4,5
      3     -     4
      2     -    3,5
      1     -     3
      0     -     2      = po prostu failed

No cóż… zajączek (jak to mawiają niektórzy) się zbliża coraz większymi susami, a… dla wszystkich zapominalskich, lub nieuważnychn sów nie tylko nocnych małe info:

W najbliższy weekend – w nocy z 24. na 25. III następuje zmiana czasu (dla zainteresowanych przesuwamy godzinę “do przodu”, czyli o godzinie 2 przestawiamy zegarki na 3…)

No iteraz tak: MY – bo w Finlandii też jest zmiana czasu, tak więc…. przez jedną krótką godzine będą miała nad wami nie tylko jedną ale nawet dwie godziny przewagi :P //w sensie pochodzenia z przyszłości ;-)

- Pozdrwaiam i do przeczytania w nowej strefie czasowej ;-)

To był dopiero weekend! ;D

marzec 2007, 19 (poniedziałek)

W sumie to chyba powinnam coś napisać, ale tak się rozmarzyłam weekendem, że znowu mi się nie chce :P

A cóż takie było z weekendem? Ach! :D
Otóż spędziłam oststnich kilka dni z Lucyną (chyba nie muszę już pisać kim jest Lucyna – dla zapominalskich i nieuważnych – moją Mamą zgodnie z założeniami Finnish Friend Programme).

Zaczęło się od tego, iż umówiłyśmy się na piątek na 16, że Lucynka po mnie przyjedzie na Hukahaute :-) (Hukahauta – to takie jakby osiedle/dzielnica w Joensuu – na której mieszkam) i umówione byłyśmy na kawałek ciepłej obiadokolacji oraz być może nocleg, więc o 16 (wraz z moim tygrysem) wsiadłam do Lucynki samochodu i pojechałyśmy do Lehmo (to taka miejscowość w zasadzie tuż pod Joensuu), gdzie mieszkają z Petrim (czyli jej bardzo sympatycznym mężem – finem). Gdy dojechałyśmy – ja poszłam do sauny, a Lucyna zabrała się za szykowanie jedzenia. Wszystko się bardzo ładnie zgrało w czasie, bo akurat ja zdążyłam wyjść z sauny, kiedy przyjechała Grażynka (Grażynka ze Sławkiem są skrzypkami i mieszkają w Finlandii już prawie 20 lat) i można było podawać łososia w sosie pietruszkowym (czy jakoś tak – grunt, że łosoś). Na deser Grażynka przywiozła upieczone przez siebie ciasto i wspólnie we trzy miałyśmy babski wieczór. :P :D
Tak koło północy Lucyna odwiozła Grażynkę do domu, a ja zostałam na noc. Rano wstałyśmy, trochę jeszcze sobie pogadałyśmy i Lucyna pojechała na francuski, a mnie z tygrysem odwiozła na Hukahaute.
Ja ledwie się rozpakowałam jak przyszedł Stefan pożyczyć Home PNA, bo “skoro Twój komputer nie działa, to może mogłabyś mi pozyczyć, bo my mamy teraz wi-fi i ja sprzedałem swoje HPNA, ale kumplowi który zorganizował to wi-fi popsuło się urządzenie odbierające i nie mamy w ogóle sieci…” – spoko – nie ma sprawy.
Następnie nastawiłam pranie i zadzwoniła do mnie Lucyna, że w sumie, to ona wstępnie się umawiała z taką jedną koleżanką na mecz dziś wieczorem, ale ta jej koleżanka nie ma z kim zostawić dziecka, więc może mam ochotę pójść na mecz koszykówki? – No jasne! – Czemu nie! :D – To będę u Ciebie o 16:30, bo mecz się zaczyna o 17, a potem pojedziemy do mnie coś zjeść i możesz spokojnie znowu u mnie przenocować…
No i tak też się prawie stało, tylko… no właśnie – ku wielkiemu zaskoczeniu Lucyny okazało się, że mecz jest przeniesiony na poniedziałek… Więc pojechałyśmy spod hali sportowej do domu i sobie gadusiałyśmy, a potem zjadłyśmy tym razem przyrządzonego – nieco na spsób chiński – kurczaka i obejrzałyśmy pożyczone od Grażynki Tu es Petrus Rubika. //szkoda, że dźwięk cyfrowy jest jednak zawsze płaski…
No i tak się zeszło do północka, więc trzeba było spać. Rano za to… posłuchałyśmy mszy radiowej z kościoła Św. Krzyża w Warszawie. :D Potem pojechałyśmy na Utrę (to taka wyspa w zasadzie prawie w Joensuu) na spacer, następnie do kawiarni na ciacho, no i trzeba było wracać do siebie…
- Ja na Hukahaute, a Lucynka do Petriego, który właśnie wrócił ze służbowego wyjazdu.

Najfajniejsze jest to, że Lucynka pożyczyła mi płyty CD i discmena, bo… ja ze względu na laptopa – nie brałam płyt i odtwarzacza – wszystkie moje płyty zripowałam na dysk – żeby słuchać, no i… odkąd siadł mi laptop – nie miałam okazji słuchać muzyki i troszkę mi tego brakowało… – W ogóle, to ja Lucynce bardzo wiele rzeczy zawdzięczam – pomaga mi na każdym kroku, już nie mówiąc o tym, że niocenionym jest spędzenie razem weekendu!

No a teraz kończę, bo jesteśmy dziś umówione na ten mecz!
//Swoją drogą tutejsza drużyna koszykarska – Kataja – w zeszłym roku była wicemistrzem Finlandii :D

No to na dziś tyle :D

//jak widać nauczyłam ten komputer polskich znaczków :P

A – i jeszcze jedno…

Lucynka prosiła o modlitwę… – więc i ja was proszę o modlitwę w jej intencji…

- No to do następnego posta! – paps :)

Fire of the fox

marzec 2007, 15 (czwartek)

Skoro nie mam komputera, to nie bede czekac z pisaniem o Laponii az bede mogla umiescic zdjecia, bo wtedy calosc sie zaktualizuje :P

Zacznijmy od tego, ze (pomijajac fakt popsutego autobusu) bylo swietnie! ;D
Mieszkalismy w czyms co podobno bylo stara szkola (choc ja wcale nie wiem z ktorej strony, ale niech i tak bedzie), a sauna (ktora musi obowiazkowo byc w kazdym finskim domu, albo przynajmniej dostep do sauny) byla w specjalnej chatce – jakies 20 metrow dalej. Pierwszy raz bylam w saunie w ktorej nie bylo bierzacej wody i ktora nie byla elektryczna, tylko miala klasyczny piec na drewno! Zupelnie inne i… duzo lepsze doswiadczenie niz wszystkie “miejskie” sauny (miejskie w sensie w miescie, a nie publiczne)… :D – Hmm… Jesli mialabym kiedys mieszkac w Finlandii, to chcialabym miec wlasnie taka “drewniana” saune!

Nasza szkola miescila sie podobno 8 km ol Levi i ogolnie czas spaedzalismy w Levi i jego okolicach. Bylismy na “rendier farm” (czy jakos tak – chodzi o hodowle reniferow – nie wiem jak sie pisze, wiem jak sie mowi :P ), moglismy doswiadczyc sportow zimowych, wjechac (podobno mozna tez wejsc na piechote, ale ja wjezdzalam kolejka gondolowa) na gorke “w Levi”, zwiedzilismy Snow Willage i bylismy u Mikolaja (tego takiego, wiecie jakiego).

Snow Willage jest to w zasadzie hotel-igloo w ktorym kazda “komnata” ma inne oramenty rzezbione na scianach, jest tez oficjalna sala restauracyjna i… bar na srodku ktorego stoi chyba 3 metrowa butelka Finlandii!! (jak tylko bede miala okazje to wrzuce zdjecie ;-) //oczywiscie butelka zrobiona z lodu)

Coz… Rafal mnie nieco ubiegl jesli chodzi o zorze polarna, ale… ja napisze cos czego Rafal prawdopodobnie nie mial okazji uslyszec, a co jest swoista finska bajka/legenda/ciekawostka i… do czego odnosi sie tytul tego posta :D
Otoz po finsku zorza polarna (ang. Nothern Lights, lac. Aurora Borealis) to Revontulet (i tu pierwsza ciekawostka wlasc. revontulet jest liczba mnoga! – liczba pojedyncza, to Revontuli i… nie spotkalam sie zeby ktos tak naprawde mowil o pojedynczej zorzy, choc na podstawie tego co sama widzialam, to rzeczywiscie mozna rozrooznic liczbe pojedyncza i mnoga :P )
zas revon po finsku znaczy lis, tuli to ogien czyli Revontulet (jak to tlumacza rowniez finowie) znaczy (fin. -> ang.) Fires of the fox, w skrocie FireFox :P

Zapytacie pewnie dlaczego (a jak nie zapytacie – to i tak powiem :P )… Otoz starzy (starozytni :P ) finowie opowiadali, dzieciom na pytanie co to jest tam na niebie: lis wybiegal z lasu… i jak on tak szybko biega – jakby las sie palil, a to tylko platki sniegu wzbijaja sie w niebo poruszane jego ognista kita, a swiatlo sie od nich odbija i to jest to, co widac. – Takie ognie na niebie wywolane przez biegajacego lisa.

No coz… – na razie tyle :-)

- Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytajacych, rowniez tych ktorzy nie maja odwagi pisac komentarzy, bo nie chca podawac maila (wiem, ze to troche wredne, ale :P – w tym miejscu szczere i bynajmniej nie wredne pozdrowienia przesylam ozonowi), a tym ktorzy komentuja… – dziekuje bardzo, przynajmniej od czasu do czasu i ja moge cos poczytac ;-)

marzec 2007, 14 (środa)

w sumie to nawet nie wiem co napisac :/
Laptop nie dziala, zplacilam 33 € zeby sie dowiedziec, ze to cos z plyta glowna, a oni tego nie robia – zwlaszcza w tak starych laptopach i ze jak mi bardzo zalezy, to w sumie take rzeczy sie robi (tylko BARDZO RZADKO) i kosztuje to tak 600~800 € (czyli tyle co nowy laptop ;]) wiec… ogolnie wszystkiego mi sie odechciewa… :/

W dodatku tutejsza biblioteka uniwersytecka mnie nie lubi, ale to juz inna historia…
//- w sumie od poczatku studiow bylam na bakier z bibliotekami – do tego stopnia, ze w naszej wydzialowej bibliotece jeszcze nawet nie mam zalozonego konta, a w bibliotece glownej – w tym roku nie odnowilam konta juz nie mowiac o tym, ze nie wiem gdzie jest moja karta biblioteczna, bo komus pozyczylam i nawet nie pamietam komu :] – Tak sie sklada, ze jeszcze ani razu nie wypozyczylam w czasie studiow ksiazki dla siebie – wszystkie ksiazki jakie przewinely sie przez moje konto biblioteczne – byly ksiazkami potrzebnymi komus: to siostrze, to bratu, to kolezance z roku, to kolezance z KUL-u, itd…

Z tutejszym wydzialem i w ogole z budynkami uniwersyteckimi to jest tak, ze wszystkie jest zamykane i otwierane automatycznie, a w godzinach zamnkniecia automatycznie sa tez gaszone wszystkie swiatla i nie ma nawet portiera. A co jak ktos utknie w budynku po zamknieciu? Jak jest to pracownik, to najprawdopodobniej ma klucz do “tylnych” drzwi, ktore z zalozenia sa caly czas zamkniete i mozna je otworzyc tylko wlasnie takim specjalnym kluczem, lub karta (magnetyczna?), a jak jest to ktos kto nie ma klucza do tylnych drzwi… to albo zostanie na zawsze ( :P ) albo… sa tu takie smieszne czerwone sluchawki, ktore jak sie podniesie, to lacza ze specjalnym jakims centrum uniwersyteckim no i podobno udzielaja jakos pomocy – nie wiem jak – jeszcze nie utknelam ;-) (a nawet gdybym utknela, to biarac pod uwage, ze i tak nie mam laptopa – nie mialabym chyba nic przeciwko spedzeniu nocy na wydziale :P )

Metria (bo tak sie nazywa moj budynek) jest otwarta od poniedzialku do czwartku w godzinach 7:15 – 18:15 i w piatki od 7:15 do 17:15. – W weekendy jest zamknieta!

Co do wiosny – to ja w sumie nie wiem, czy plakac, czy sie cieszyc – no bo ja chcialam zimy i… nie bardzo mi sie udalo nia nacieszyc :P . Teraz dookola lezy brudny – czarny snieg (na szczescie systematycznie go wywoza z kolejnych miejsc) a coraz bardziej suche chodniki sa po prostu pelne pozostalych po zimie kamyczkow (tego jeszcze nie zauwazylam zeby zbierali – a powinni – w odroznieniu od piasku jest to w koncu “zjawisko” wielokrotnego uzytku :D ). Jedynym plusem wiosny jest to, ze czasem mozna trafic na “ocean” i sobie z pelnym impetem przejechac po nim na rowerze! ;D

Chwilowo mi sie kompletnie nic nie chce i ogolnie to planowalam w trzech, albo czterech oddzielnych postach (kazdy temat osobno) napisac to, co powyzej (troszke inaczej rozwiniete), ale… sie mi sie nie chce sie mi sie :/
//tak – a misie to sa w lesie – wiem

o 18:15 zamykaja wydzial

marzec 2007, 13 (wtorek)

wiec pisze bardzo krotko, bo 18:11 jest!

Nie wiem co zlaptopem powiedzeli, ze zadzwonia jutro;

Dzis bylam na pierwszym wykladzie z Topologii – bedzie chodzic na przedmiot 10 osob – zazdroszcze im… (Joensuu) ze otwieraja takie przedmioty!

A za oknem wiosna coraz wieksza…

Pozdrawiam – paps!

no i jak ja teraz przezyje weekend?

marzec 2007, 9 (piątek)

heh… oddalam mojego laptopa do naprawy… za samo sprawdzenie co mu jest bede musiala zaplacic prawie 40 €… nie wiem ile moze kosztowac naprawa… z drugiej strony patrzac – w sumie 40 zl to nie bylo by tak duzo, szkoda tylko, ze nie mammy 1:1 z € i PLN…

ale najwiekszym problemem jest dla mnie… JAK JA PRZEZYJE co najmniej do poniedzialku bez mojego laptopa :P przez te kilka dni przynajmniej byl, choc wylaczony, ale byl, a teraz? – nie bede wiedziala co sie z nim dzieje, nie zobacze go do poniedzialku albo i dluzej… ;P – Po prostu wpadne w rozpacz z tesknoty i zaloby ;D

A tak powaznie, to… jutro mam moje male swieto – znowu druga sobota miesiaca – w Joensuu bedzie Eucharystia! :D I w sumie to nawet dobrze, ze komputer jest popsuty, bo mamy wielki post i dobrze mi zrobi troche takiego odciecia :P A juz na pewno jutro i po jutrze bede mogla sie bardziej skupic na sluchaniu Slowa Bozego (czyt. czytaniu Pisma Swietego) niz to bywalo dotychczas, bo… komputer potrafi niezle wciagac i czasami bardzo trudno bylo mi sie zabrac za Pismo Swiete ;-)

- Udanego wszystkim zycze weekendu i do przeczytania nie wczesniej niz w poniedzialek…!

a to dlatego, ze tego posta zaczne od:
POGODA JEST BEZNADZIEJNA!!! :|
Po prostu tragicznie… na dworze +2~3 stopnie, do tego duze zachmurzenie i snieg z deszczem :/ zas na chodniku takie koleiny, iz momentami trudno jezdzic na rowerze, ze o przewozeniu tak delikatnego sprzetu jakim jest moj laptop – nie wspomne…

No wlasnie – jestem juz dzis po zajeciach i zaraz wybieram sie do jakiegos punktu naprawy komputerow.

Dziekuje wszystkim za wyslane wczoraj w najrozniejszych formach zyczenia z okazji dnia kobiet… – To… mile bardzo jest mimo iz ja jak zwykle nie przywiazywalam wagi do tego swieta i az do wieczora sie do tego nie przyzwyczilam… – Tym razem, chyba ze wzgledu na fakt “odciecia od swiata” przez popsutego laptopa i kilometry odleglosci, wyjatkowo mile bylo dostac chocby “wirtualnego” tulipana (@—>—), czy zwykle wszystkiego najlepszego… – Jeszcze raz: dziekuje! :D

//no i nie przedluzam, tylko zmykam, zeby jak najszybciej “wyzdrowiec” laptopa ;-)

No coz… skoro jeszcze nie wyszlam z wydzialu i nadal siedze przy kompie, to odpowiem Rafalowi i pewnie kilku innym osobom…

Tak widzialam zorze polarna! – Piekna sprawa, choc akurat ja wielkiej nie widzialam, tylko taka mala…

Z zorza polarna jest tak, ze podobno jest cos takiego jak akywnosc sloneczna (? – solar activity) i ze ona narasta, po czym nastepuje gwaltowny spadek i znowu sukcesywnie narasta. Akurat mysmy przyjechali kiedy ta aktuwnosc byla najwieksza, niestety – zachmuzenie tez bylo ogromne ;]. Nastepnego dnia (a wlasc. nocy) bylo zatem minimum aktywnosci, w dodatku ksiezyc byl pawie w pelni i tez niezle zaklocal widocznosc (z tego miejsca przepraszam za litrowki – i ew. ortografy – zwlaszcza u/o – bo niestety bez ogonkow nie widze ktore slowo jest napisane, a przez to, czy poprawnie :/), jednakze udalo nam sie zaobserwowac kawalek zorzy ;D – w dodatku pierwsza osoba, ktora zobaczyla zielone cos na niebie bylam JA :D . Nastepnej nocy (3/4), gdybym wiedziala, ze ma byc zacmienie ksiezyca – tez pewnie bym czuwala, zeby zobaczyc oba zjawiska, jednakze nie widzac – uznalam, ze dla mnie bedzie lepiej jesli po prostu pojde spac… – Przegapilam, bo zorza rzeczywicie byla wieksza, a i ksiezyc byl bajerancki, ale… nie zaluje ;-) – Dlaczego? hmm – mam nadzieje, ze kiedys jeszcze przyjade do Laponii, zobacze wielka zorze i… doswiadcze podbiegunowych mrozow!

No wlasnie – tak sie sklada, ze… jak juz pisalam, nie bylo mroznych mrozow, a nawet temperatura w Levi byla wyzsza niz ta, ktora zostawilam w Joensuu. Mialo to swoje zdecydowane plusy (wiekszosc grupy mogla spokojnie doswiadczac dobrodziejstw sportow zimowych), ale i tez (subiektywne) minusy, bo przeciez w koncu ja chcialam “poczuc prawdziwa zime” :P

Co do zdjec… Ja osobiscie – tak wyszlo – nie zrobilam zdjecia zorzy, ale Michal (z Torunia) zrobil bardzo udane zdjecia i obiecal wyslac je wszystkim (w koncu on… robi duzo zdjec – dosc profesjonalnie i… wozi ze soba statyw :) ). Ja za to zrobilam przepiekne zdjecia zachodu slonca i… mam nadzieje, ze niebawem uda mi sie wlaczyc komputer, zrzucic je na dysk i umiescic w Internecie.

Zeby nie bylo jeszcze tak zle, to napisze tylko krotko, ze w drodze do Laponii popsul sie autobus – jakies problemy z cisnieniem oleju i… mielismy przymusowy ponad trzygdodzinny postoj, przez co nie zdarzylismy w czwartek w kilka miejsc i musielismy to odrobic w niedziele – wracajac… – W domu bylam kolo 1 w nocy – po ilus godzinach meczacej podrozy i… nie udalo mi sie niestety wstac w poniedzialek o 5, zeby zdazyc na 8:00 na egzamin :/ – na szczescie tutejsza wyrozumialosc jest wielka i bede go pisac w czwartek :-)

- No to tyle ;-) //Rafal! Udanej podrozy!