cóż… chyba w końcu wróciłam na dobre…
czerwiec 2007, 16 (sobota)
Obiecałam, że będzie jeszcze jeden wpis i najwyższa pora go wreszcie napisać…
Wróciłam do Lublina – nie jest mi łatwo tutaj znowu funkcjonować… zmieniłam się i to sporo więc na samym początku przerażało mnie tutejsze tempo życia… Ledwie przyjechałam i już miałam 4 propozycje udzielania korepetycji, przez ponad dwa tygodnie nie miałam kiedy do końca rozpakować walizki, ani tym bardziej zrobić porządku w pokoju… Dziś minął trzeci tydzień odkąd wjechałam do kraju i już w pełni czuję, że wróciłam.
– Od czwartku nosi mnie na kiełbasę i Mama się śmieje, że to oznacza, iż w 100% mieszkam w domu, bo pozwalam sobie mieć ochotę na to co lubię i nie zastanawiam się nad różnymi rzeczami. Sończyłam również rozpakowywać walizkę i nawet uprałam (dzisiaj) mojego Tiggera!
Owszem – w ciągu ostatniego tygodnia dwa razy zeszło mi podczas jazdy powietrze w tylnym kole (dwa razy powodem był klasyczny “snake bite” spowodowany zbyt dużą prędkością podczas wjeżdżania na krawężnik
) ale podczas tych trzech tygodni z Tatą zrobiliśmy przegląd mojego “fińskiego” roweru. //- Tak – udało mi się przywieźć rower!
Owszem nie było to najprostsze i musiałam nieźle namawiać rosyjsko-języcznego kierowcę w Tallinnie (a przecież ja nie umiem rosyjskiego!), ale jakoś się udało i dowiózł mój rower do Rygi, gdzie przesiadłam się do polskiego autobusu (i tu już nie było żadnych problemów – należało jedynie uiścić opłatę 5 € za nadbagaż) i szczęśliwie dojechałam do Warszawy, gdzie czekał na mnie… hmm… Mój Ukochany :*
Przez te 3 tygodnie wiele się dzieje, ale ja… nadal jestem spokojniejsza i wolniejsza – do tego stopnia, że idąc spacerem ze znajomymi muszę spowalniać ludzi, którzy zwykle nie nadążali za mną! – Zmieniłam się na dobre i na stałe… i jestem z tym szczęśliwa!
Jak to powiedziała moja przyjaciółka “SOCRATES/Eramus, to program dla kujonów, którzy zapomnili o tym, że trzeba żyć – aby im otworzyć oczy i o tym przypomnieć”, a ja mogę dodać swoje “SOSRATES/Erasmus to taki program dla zabieganych studentów-pracocholików, aby im przypomnieć, że można żyć nie w biegu i mimo tego na wszystko mieć czas”… Dlatego jeśli macie wrażenie, że gdzieś zgubiliście życie i już tylko siłą rozpędu kręcicie się niczym trybik w szalonej maszynie wyścigu szczurów, to korzystajcie z tej wielkiej szansy jaką jest taki wyjazd, a z pewnością i wy odkryjecie to coś, co zagubiliście w swoim życiu. //no i dzielcie się swoimi wrażeniami z innymi, bo razem możemy więcej…
ergonomiczny jogurt z tygrysa nastraja bardzo pozytywnie do przeczytania nowego posta…
maj 2007, 24 (czwartek)
- No dobra… – Niech bedzie… – Specjalnie dla moich glownych czytelnikow jednak napisze te pare zdan przed wyjadzem.
Coz… – To moje ostatnie godziny pobytu w Finlandii… – Jutro o tej porze juz bede naprawdopodobniej wjezdzala na Lotwe (a moze juz nawet bede na Lotwie?), a za 12 h bede przez Zatoke Finska – doplywac do Estonii… – Taka kolej rzeczy – co sie zaczyna, to i sie zwykle konczy… – Mam za soba piekne ~5 miesiecy “wakacji”, a co ciekawsze… – byc moze jednoczesnie najwanieszejszego krotkoterminowego kawalka mojego zycia!
A przeciez… dopiero co wyjezdzalam i pisalam pierwsze posty!
Co ciekawsze – moj wyjazd ma “budowe” klamrowa, bo perwsza noc w Finlandii spedzilam w Helsinkach (u Agnieszki i Christera) i ostatnia tez tu spedze. (W ogole, to u Agnieszki i Christera spie od wczoraj. – Po tym, jak z Rafalem pozwiedzalam Helsinki – chcialam tez spotkac sie i z moimi wybawcami z pocztku pobytu i… o dziwo jakos funkcjonuje mimo iz maja oni od kilku tygodni dwuletnia KOTKE! //a przeciez ja nie lubie kotow!
– Ale… pisac tez nie lubie :])
- Moze czas troche podsumowac ten wyjazd? – Oszwem, wielu rzeczy moge jeszcze nie widziec, ale…
Dziekuje Bogu za ten czas… Czas pewnego rodzaju pustyni i wyciszenia… Czas zatrzymania i przebudowania wielu rzeczy… – Zmienilam sie i chialabym, zeby tak juz zostalo! Bo NIE MUSZE przeciez gonic za wszystkimi i wszystkim! Owszem – jestem towarzyska gadatliwa i otwarta, ale… Moj telefon NIE MUSI by wlaczony 24 godziny na dobe, a ja NIE MUSZE byc zawsze uchwytna! – Odkrylam to, ze przeciez jak nie chce isc za impreze, to po prostu moge nie isc i nie wazne, co o tym sobie pomysli cala reszta – nieh bedzie, ze jestem “odludkiem” – skonczylo sie ciagle “pojde bo wypada”… Nie musze znac pol wydzialu i byc rozpoznawalna przez wszystkich – nie na tym zycie polega! – Tu (w Joensuu)zaczelam zyc tak trudnym dla mnie “szarym zyciem” i chce sie tego uczyc dalej!
Hmm… – Troche sie boje, ze jak wroce, to… znowu wciagnie mnie ten caly mlyn, ktory opuscilam w styczniu, ale bede walczyc! – Walczyc o cisze w zyciu, czyli cos, od czego tak dlugo uciekalam w wir zajec i zabiegania! – Czas zaczac zyc zyciem wlasnym, a nie uciekac od niego w problemy tysiaca innych osob…
- Na dzis zatem to chyba tyle… – Nastepny post (prawopodobnie ostatni na tym blogu) za kilka dni – juz z Lublina.
- Dziekuje wszystkim wspierajacym mnie dobrym slowem lub/i modlitwa no i… do zobaczenia w Polsce! :*
Dzisiaj posta nie bedzie! ;]
maj 2007, 23 (środa)
Coz… – Moglabym napisac, ze bylam w Koli i bylo fantastycznie, ze widzialam rozne cuda fizyki w Heurece oraz oraz, ze zwiedzialam Suomenlinne – twierdze obronna na wyspach obok Helsinek, ale… PO CO? Skoro i tak nikt nie chce mi nic odpisc! – Ostatnie dwa posty sa kompletnie bez zadnego komentarza! ;] – Czyzby wszyscy, ktorzy maja cos do powiedzenia liczyli na to, ze zrobia to niedlugo na zywo, wiec nie musza pisac? ;>
Zebyscie sie nie przeliczyli i nie zdziwili! - Potrafie strzelic focha… ;] – Ostrzegam!
nawet nie wiedziałam, że mam górski rower! ;]
maj 2007, 20 (niedziela)
No więc mam gościa!
- Przedwczoraj przyjechał do mnie z Helsinek Rafał i wspólnie zwiedzmy Joensuu wraz z okolicami.
W piątek przeciądgnęłam go przez ~22 km spacer po samym Joensuu (on szedł na piechotę, a ja się ślimaczyłam na rowerze ;P ), potem byliśmy na grillu-ognisku pożegnalnym i wróciliśmy już na rowerach (bo niedaleko Utransaari, czyli wyspy będącej miejscem grillowania, odebraliśmy umówiony wcześniej rower – dla Rafała na te dwa dni) robiąc już tylko 11 km…
Następnego dnia (czyli wczoraj) wstaliśmy ok. 9, zjedliśmy śniadanie, zrobiliśmy kanapki, podnieśliśmy siodełko w Rafała rowerze i razem z moim znajomym Czechem (Martinem) pojechaliśmy na wycieczkę rowerową po okolicach Joensuu… Dopóki jechaliśmy po miejskich ścieżkach rowoerowych – nie było nic szczególnego, ale jak wjechaliśmy w las, to się zaczęło… ;] Widoki były całkiem ładne, ale ścieżka przez las… nie do końca była dobrze oznakowana (a nawet na jednym odcinku – była bardzo kiepsko oznakowana i śmy trochę pobłądzili po lesie), a ponadto… JA MAM KOLARZÓWKĘ, a nie rower górski (!) …i momentami się tylko zastanawiałam (twardo jadąc na moim kochanym rowerze) kiedy stracę koła
– i czy to będzie ja jakimś kamieniu, czy może o jakiś korzeń zachaczę… Owszem na trasie która podobno miała ok. 45 km były również odcinki, gdzie mogłam (trochę niegrzecznie) odstawić chłopaków i się rozpędzić, do mnie właściwego sposobu jazdy, ale się przekonałam, że rower jest na tyle dobry, że sprawdził się nawet w takich warunkach bojowych! ![]()
//Wracaliśmy przez Lehmo i to dosłownie koło domu Lucyny, więc wstąpiliśmy na moment umyć ręce (bo na tych różnych wybojach… – nawet Rafałowi spadł łańcuch…), po czym dotarliśmy na Karjamäentie i zmęczeni zjedliśmy kolację, pogadaliśmy trochę no i poszliśmy spać.
Dziś już jesteśmy po krótkiej przejażdżce rowerowej dookoła lasu z za mojego okna, a teraz kończę i zmykam, bo jesteśmy umówieni z takim Finem na wyjazd do Koli.
pierwszy rower rodziców listonosza stworzony z topologii takiego bardzo naukowego budynku
maj 2007, 17 (czwartek)
tjaa… – zdanie może i pozornie bez sensu, ale jest to wynik zabawy pewnych informatyków, którzy (bodajże w lutym) zrobili sobie konkurs na wpisanie w google takiego zdania, aby wynik był tylko jeden – mój blog
– Ciekawy sposób wyszukiwania – nieprawdaż?
- Tak czy siak – zapamiętałam sobie to zdanie i postanowiłam, że tak zatytułuję posta kiedy już będę miała właściwie wszystko zaliczone (co też właśnie czynię).
Cóż… Ostatnio długo bardzo milczałam i nawet Magdzie nie odpisałam na przesympatycznego komcia… (od wczoraj “wynik” na kredkomierzu jest już nawet tylko jednocyfrowy!) a wszystko dlatego, że (jak to niesamowicie skutecznie i dosadnie skomentował Marcin) zbierałam zaliczenia i… nie miałam czasu na nic innego. Ponadto stresowałam się egzaminem z PDE, którego wyniki powinny były zostać podane w przeciągu dwóch tygodni od egzaminu, a łatwo zauważyć, że między 27 IV (data egzaminu), a 15 V (data podania wyników) jest więcej niż dwa tygodnie… ;] (Na szczęście – może nie rewelacyjnie, ale… – ZDAŁAM
)
W chwili obecnej zostało mi już tylko zrobić na jutro 3 zadanka z Analizy zespolonej i będę miała za sobą wszelkie fińskie obowiązki naukowe!
(cóż… zostaną jeszcze te lubelskie, które dopadną mnie po powrocie :])
Co poza tym słychować u mnie? Pożegnałam się już z moją Fińską Mamą, której jeszcze raz dziękuję za wszelką pomoc i opiekę, oraz mile spędzony czas (do zobaczenia w Polsce Lucyna!)… i czekam na przyjazd Rafała Z., który przyjął moje zaproszenie i spędzi weekend w Karelii (a następnie pomoże mi z bagażami ;]), w związku z czym przyjedzie jutro koło południa do Joensuu. No a poza tym… myślę powoli o pakowaniu się – na szczęście spakować się na powrót to nie problem
– bo się człowiek nie musi zastanawiać co zabierać, a co zostawić, tylko pakuje wszystko jak leci!
Zatem zostały mi w Joensuu już tylko 4 dni (w poniedziałek wyjeżdżam), potem 4 w Helsinkach i… podróż autobusem – cały czas się zastanawiam jak to zrobić, żeby zabrać ze sobą mój rower – mam nadzieję, że jakoś się uda…
- Na dziś zatem tyle i… życzę wszystkim powodzenia w okresie przedsesyjno-sesyjnym!
//oraz gratuluję Bożence, Tomkom (i wszystkim innym) zakwalifikowania się na Erasmusa w nadchodzącym roku akademickim
surprise… ;]
maj 2007, 8 (wtorek)
Wczoraj wreszcie był pierwszy rzeczywiście ciepły dzień w Joensuu.
– Na tyle ciepły, że można było cały przesiedzieć w pokoju z otwartymi na oścież oknami. – Jest to o tyle ważna informacja, że… od pierwszego, do piątego maja… codziennie (owszem – nie przesadnie obficie, ALE) padał śnieg!
- W piątek nawet rozmawiałam z jednym Czechem, że jak tak dalej pójdzie, to zdążymy wyjachać z Joensuu, a drzewa jeszcze nie będą miały pięknie rozwiniętych liści…!
Na szczęście pogoda usłyszała nasze “biadolenie” i aktualny front sugeruje, że może jednak uda nam się zobaczyć żywą, rześką, nowo rozwiniętą zieleń.
Ale żeby nie było zbyt pięknie: jeszcze do wczoraj byłam przekonana, że już wszystkie egzaminy za mną i teraz zostało mi już tylko rozwiązać zadanka z pozostałych przedmiotów… – Nie ma tak łatwo! Się wczoraj okazało, że w odpowiedzi na maila z pytaniem odnośnie zadań z Metod optymalizacji dostałam:
Dear Ms. Stankiewicz,
I would suggest that you try to solve a few problems from each section and
ask me for advice if there are any difficulties you cannot overcome. It is
not necessary to show me all these solutions but you should register for
the final exam ten days in advance.Yours sincerely,
Timo Erkama
I zrobiłam wielkie oczy… “final exam“… “ten days“… – No masakra! – Przecież za 10 dni, to ja chciałam mieć już zdobyte wszystkie oceny, a nie tylko zdane przedmioty… Dziś się okazało, że w ogóle jedyne możliwe terminy egzaminu w tym miesiącu, to 16 i… 25 V ;] – O mały włos musiałabym przekładać termin powrotu przez ten egamin! – Na szczęście udało się zarejestrować na 16…., ale to zupełnie rozbiło moją koncepcję bytowania tutaj… – Chwilowo próbuję pozbierać myśli i ułożyć plan działania. – Dobrze, że dziś już oddałam zadania z Teorii liczb i nie dowiedziałam się nagle, że muszę pisać jeszcze egzamin. Mam nadzieję, że jutro uda mi się oddać zadania z Analizy zespolonej (albo najpóźniej w czwartek), no a potem… OSTRE 5 DNI przygotowania do egzaminu z Metod optymalizacji. – Dobrze, że to wyszło wczoraj, bo jakbym się dowiedziała np. dopiero w piątek…, to jeszcze musiałabym zostać tu ekstra kilka dni i przebookowywać zaklepany już bilet na autobus powrotny!
- No to zmykam do pracy i… przepraszam, że tyle milczałam, ale teraz naprawdę mocno zajęta naukowo jestem…
Czy laptop lubi jogurt? ;>
kwiecień 2007, 29 (niedziela)
Ja wiem, że zdolna jestem :] – Wczoraj jak jadłam śniadanie, to… wypadł mi – po prostu WYPADŁ z ręki – kubeczek z jogurtem – prosto na klawiaturę… – Na szczęście jogurtu już było niewiele, a kubeczek upadł tylko na bok – nie do góry nogami, ale tak czy siak – poczęstowałam laptopa joogurtem. ![]()
//żeby nie było wątpliwości: bynajmniej go nie wyłączyłam z tego powodu i chodził dalej ;]
- Natychmiast zaczęłam zberać papierem toaletowym jogurt z rowków między klawiszami:
O P
K L ; ’
, . /
Alt ` Ins Del
Niestety nie było to takie kolorowe, bo mimo iż tego nie było dużo, to jednak zbieranie nie było takie łatwe… Zdjęłam zatem owe przyciski i zaczęłam czyścić głębiej – w tym czasie mój komputer rejestrował dziwne samoprzyciskanie się klawisza “/”, którego w danym momecie nie dotykałam…
Po rzekomym skończeniu czyszczenia okazało się, że klawiatura zablokowała się na poziomie Fn i nie szło jej w żaden sposób odblokować… – Wyłączenie (przy pomocy myszy) i włączenie laptopa nie pomogło… – No to cóż… – nie zostaje mi nic innego jak rozebrać klawiaturę… – Odkręciłam zatem odpowiednią śrubkę (na coś się przydało zaprzyjaźnienie ze śrubkami przy całkowitej awarii) po czym wyjęłam taśmę od klawiatury z odpowiedniego portu (? – to portem nawać powinnam czy jakoś inaczej?), włożyłam z powrotem na miejsce i uruchomiłam kompa… - Uff… Fn się odblokowało – no to jesteśmy w domu! - A guzik! – Ja tu się chcę zalogować do systemu, a komputer mi na to “nieprawidłowe hasło” – no to ja próbuję jeszcze raz, bo może litrufffkę strzeliłam, a on mi na to znowu “nieprawidłowe hasło“…
Heh… Włączyłam zatem użytkownika domyślnego, uruchomiłam Notatnik i kolejno przyciskam przyciski, a tu się okazuje, że np.: zamiast “c” wyskakuje “hc” – takie sobie h gratis, zamiast strzałki w górę mam tylko nadprogramowe “u”, “/” zamieniło się na “n”, a “;” w ogóle nie działa, podobnie zresztą jak “p”, “0″ i “-”….
- Świetnie! ;] – no to co… – wyjmujemy taśmę raz jeszcze, wyjmujemy przyciski, perfumy w garść (a właśc. woda toaletowa – bo spirytusu nie mam) i czyścimy dokładnie od nowa…
![]()
Przezyściłam, poczekałam aż wyschnie (w “międzyczasie” pykając zadanka z teorii liczb) włączam i… Udało się zalogować! – No to sprawdźmy jak działają teraz wszystkie klawisze… – Heh… Moja klawiatura działa dość niedeterministycznie… – przynajmniej nie ma już podwójnych literek ;], ale… “/” nadal daje głównie “n” (choć czasem udaje się i “/” uzyskać), a “;” zasadniczo nie działa…
//- “;” chętniej z Shiftem (czyli “:”)
- no i niestety nadal zamiast strałki w górę mam drugie “u”, zamiast Home mam “h”, a zamiast End – “j”… :/
- Jakoś da się wytrzymać… – w końcu to już niecałe 4 tygodnie…
Na szczęście klawiatura się trochę “rozklikała”, bo “/” i “;” już działają poprawnie, a strzałka, Home i End – po prostu w ogóle nic nie dają
– Może kiedyś zaczną. ![]()
//Jednakże, nie udało mi się włożyć klawiatury na miejsce, ponieważ ułożenie jej poprawnie powoduje… bliżej nieokreślone reakcje i samoprzyciskanie różnych przycisków… – Tak więc aktualnie używam laptopa w takiej postaci:
.
- Najważniejsze, że “;” i “/” działają, bo bez nich… nie dało by się używać komputera!
A tak… – spokojnie do powrotu wytrzymam.
//tylko nadal nie wiem: lubi jogurt, czy nie lubi? – Bo może nie chce poprawnie działać, gdyż po prostu jest głodny?
Uroczystość św. Wojciecha, biskupa i męczennika – Głównego Patrona Polski
kwiecień 2007, 23 (poniedziałek)
Tak, tak…
- Dziś rano otwierając brewiarz odkryłam, że to już dziś 23 IV!!!
Oprócz tego, że jest to specjalna uroczystość dla Polski, i jak wieść gminna głosi tego dnia, choćby przez cały tydzień padało – pogoda będzie ładna i wyjdzie słońce, bo św. Wojciech czuwa nad nami i uśmiecha się w ten sposób do nas wypraszając nam łaski u Pana…., to jest to również bardzo szczególny czas w mojej rodzinie
Dzisiaj moja tęsknota za domem (mimo jakże niedawnego pobytu w Lublinie) jest znacznie wieksza – i potrwa do jutra wieczorem, gdzyż dziś jest Wojciecha, a jutro Jerzego!
A co mnie tak zatęskniło? – heh…
Te dwa dni są skumulowaniem świąt rodzinnych. W tym czasie moja Babcia obchodzi sześćdziesiąte ósme urodziny, mój Tata, a jej najstaszy syn, obchodzi czterdzieste szóste urodziny oraz jego trzy lata młodszy brat, a mój Chrzestny także obchodzi urodziny.
//hmm… – Dziadek dwukrotnie zafundował Babci prezent na urodziny w postaci syna :]
Ponadto mój Chrzestny ma na imię Wojciech właśnie i ma dziś imieniny, zaś Tata jako, że jest Jerzy – ma imieniny jutro.
- Jakże chciałabym być w Polsce i osobiście złożyć wam wszystkim życzenia w tym okresie…
Zdrowia, radości, błogosławieństwa bożego, pociechy z dzieci i wnuków, siły na każdy dzień… i… TĘSKNIĘ ZA WAMI
Całusy :* :* :* i uściski…
- Wasza (mała ;P) Dorotka
tygrysi powrót ;-)
kwiecień 2007, 18 (środa)
Z racji tego, że już prawie tydzień minął, a ja nic tu nowego nie napisałam… – Chyba się wreszcie zmobilizuję do kliknięcia jakiegoś małego posta, choć nie bardzo mam temat
A tak poważnie, to… Pamiętacie jeszcze mojego tygrysa? – Był taki na zdjęciach zaraz po przyjeździe do Joensuu… – Mój tygrys: jedyna niezawodna i niemalże nie zastąpiona poduszka prawie ergonomiczna
Mój tygrys… jak chyba już wiadomo – podróżuje ze mną wszędzie, bo bez niego żyć nie mogę ;P (właśc. żyć mogę, ale spać – oj to już ciężko :]). Jest więc rzeczą oczywistą, że tygrys pojechał wraz ze mną na święta do Lublina. Cóż… był nieostrożny i nie pilnował się, bo schował się gdzieś w łóżku i na to konto…. ZAPOMNIAŁAM GO (o tej piątej rano – po kolejnej krótkiej nocy) zabrać ze sobą… Niestety jak się zorientowałam – było minimalnie za późno (zwłaszcza biorąc pod uwagę wczesność godzin porannych, w realiach których osadzona jest cała akcja…). No cóż… ja bez tygrysa… może jakoś jednak wytrzymam – w końcu jestem już dużą dziewczynką, ale… NIE WYOBRAŻAM SOBIE podróży do domu w autobusie bez tygrysa! – Jak się tylko zrobiło nieco później – dopóki byłam jeszcze w kraju – zaczęłam akcję ratunkową
//przy okazji przypomniało mi się, że tygrys jak tygrys, ale zapomniałam też karty bankomatowej – a z tym gorze, bo… nie miałabym dostępu do żadnych funduszy… (na szczęście karta jest mała i łatwo się mieści w zwykłej kopercie bombelkowej, a że poczta szybko dociera, to kartę miałam zaraz następnego dnia po powrocie
A co z tygrysem? – Nie miałam ochoty go męczyć pocztą, a ponieważ na święta byli też w Lublinie Agnieszka z Christerem i wyruszali do Helsinek dzień później niż my, to zadzwoniłam do nich, żeby zabrali mojego tygrysa… Tak więc Tata od razu im go podrzucił i już byłam szczęsiliwa, bo może nie będę miała tygrysa w Joensuu, ale wracać będę przez Helsinki, więc na podróż autobusem go odzyskam.
Jednakże mój tygrys niesforny był bardzo… Otóż schował się gdzieś i Agnieszka z Christerem też go zapomnieli… – Skończyło się na tym, że Rodzice Agnieszki (którym z tego miejsca bardzo dziękuję) zapakowali go w paczkę i jednak wysłali pocztą… – Głupi tygrys był, skoro wolał pocztę od podróży samochodem – teraz już mam nadzieję nauczył się tego raz na zawsze, ale cóż…
- Czekałam na paczkę z niecierpliwością i niepokojem, by wreszcie wczoraj dostałć coś w rodzaju awizo, po czym poszłam na pocztę i odzyskałam wreszcie mojego tygrysa… – Trochę mu się nadwyrężył przy pakowaniu jego kręgosłup (nie)moralny, ale poćwiczyliśmy (ja moje ćwiczonka na kręgosłup, on jakieś swoje) i wszystko wróciło do normy.
- To chyba tyle. //cały post o takiej małej głupocie ;] – zdolna jestem
- Pozdrawiam wszystkich, zwłaszcza tych, którzy się jeszcze boczą za ten prima aprilis i święta wilekanocne…
- Do przeczytania znowu za jakiś (nie wiem jaki
) czas!
Tak – wiem, że jestem wredna i “okrótna”… :P
kwiecień 2007, 12 (czwartek)
Tak się składa, że byłam na święta w Lublinie i mam znowu sprawnego laptopa – nie ma to jak kochany Tata, który potrafi zreperować niemalże wszystko!
//-Dziękuję! :*
Cóż… prawie wszystkich udało się nabrać na mój żart primaaprilisowy (tych, którzy czytają bloga, a nie tych, którzy… nawet bezwzrokowo już nie czytają… – bo jakżesz mieli się nabrać skoro nie widzieli dowcipu?)…
Z mojego punktu widzenia prima aprilis jest idealnym dniem, dla tych, którzy z pewnych względów muszą trzymać jezyk za zębami, a bardzo by chcieli podzielić się znaną przez nich informacją. “Prima aprilis – uważaj bo się pomylisz!” jest hasłem przytaczanym przez cały ten dzień i to niemalże wszędzie, więc wszelkie zaskakujące i pozornie niemożliwe sytuacje można sobie nim wytłumaczyć. W sposób niesamowicie wredny i świadomy napisałam tu samą prawdę (i bynajmnjej w żadnym miejscu nie skłamałam!) jednocześnie wiedząc, że wiekszość czytelników zostanie wprowadzona w błąd… TO był przykład klasycznej manipulacji medialnej ;] – podałam jedncześnie dwie niezależne od siebie informacje, które przeciętny czytelnik ze sobą połączył i potraktował w sposób zależny…
- Jeszcze raz pozdrawiam wszystkich, którzy dali się nabrać i proszę o wybaczenie, ale naprawdę byłam w Lublinie bardzo krótko, więc i tak nie byłoby możliwości spotkania się ze wszystkimi…